Albertus poleca
Trzecia część trylogii o Edwardzie Popielarskim
NIKE 2011
Poznaliśmy książki nominowane do nagrody
Nike 2012
zobacz listę
Dzień Dizecka
Promocja z okazji Dnia dziecka
Książki
zobacz
Słodycze z ksylitolu
zobacz
Nowości
Więzień Nieba Carlos Ruiz Zafon
Cena: 31,90 zł

Socjalizm, rachunek ekonomiczny i funkcja przedsiębiorcza
Diane Ducret
Cena: 77,00 zł

Na krótko Inga Iwasiów
Cena: 30,80 zł

Agent Manuela Gretkowska
Cena: 29,60 zł

Egzamin na doradcę podatkowego pytania i odpowiedzi, pytania otwarte Kwiecień 2012 Anna Welsyg, Andrzej Ogonowski, Małgorzata Fila
Cena: 314,40 zł

Koniec PIS-u Andrzej Morozowski, Michał Kamiński
Cena: 34,10 zł

Środki trwałe oraz wartości niematerialne i prawne - 2012 Małgorzata Wieczorek-Fronia, Janusz Zubrzycki
Cena: 153,90 zł
Ordynacja podatkowa Komentarz 2012 Barbara Adamiak, Janusz Borkowski, Janusz Zubrzycki, Ryszard Mastalski
Cena: 290,00 zł

Za wszystko trzeba płacić Aleksandra Marinina
Cena: 34,00 zł

Miedzianka Historia znikania Filip Springer
Cena: 31,60 zł

Zapowiedzi
Pijana wojna kamil Janicki
Cena: 33,90 zł

Zanim znowu zabiję Mariusz Czubaj
Cena: 31,30 zł

Czwarty napastnik Kjell Ola Dahl
Cena: 30,60 zł

Zaginione wrota Orson Scott Card
Cena: 30,60 zł

Lilka
Małgorzata Kalicińska
Cena: 29,60 zł

Mama ma zawsze rację Sylwia Chutnik
Cena: 27,20 zł

Wielka Trwoga Polska 1944-1947 Ludowa reakcja na kryzys Zaremba Marcin
Cena: 50,90 zł

Fabrykantka aniołków Camilla Läckberg
Cena: 33,80 zł

Głową o mur Kremla
Krystyna Kurczab-Redlich
Cena: 42,40 zł

Moja sztuka protestu Jelinek Elfriede
Cena: 42,40 zł

|
Głód i jedwab
Głód i jedwab
Wydawca: CZARNEData wydania: 2008ISBN: 9788375360202Liczba stron: 208Format: 12.5x19.5 cm
Opis książki Głód i jedwab:
Ostry jak brzytwa, bezlitosny zbiór esejów "Głód i jedwab" to konfrontacja z Herty Müller doświadczeniami życia w dyktaturze i podążanie tropem politycznych refleksji autorki z lat dziewięćdziesiątych, którym towarzyszy pewność, że podział na sferę prywatną i polityczną nie istnieje i istnieć nie ma prawa. Müller demaskuje terror "normalności" prowadzący do zuniformizowanego myślenia i możliwy wszędzie: czy to będzie banacka wieś, czy Rumunia Ceauşescu, Jugosławia czy zjednoczone Niemcy. Pokazuje, jak można zawłaszczyć i wprząc w służbę totalitarnego panowania słowa i rzeczy, przyrodę i mury miasta. Jak można panować, pogrążając ludzi w szarości, jak ważnym elementem władzy jest konstruowanie państwowej, powszechnie obowiązującej rzeczywistości, budowanie nieufności w prywatnych związkach. Pisze o tym, jaką wagę ma dla panujących kontrola seksualności i kobiecego ciała, ale i o tym, jak kobiety stają się kolaborantkami. Opowiada, jak konstruowany jest strach i jak wpędza się ludzi w obłęd. I o tym, jak ten strach może zwrócić się przeciw władzy. Śledzi również narodziny nienawiści i ksenofobii w demokracji, przekształcanie się bezmyślności w zbrodnię. Przygląda się uważnie słowom i temu, co się za nimi skrywa. Poddaje wiwisekcji zarówno mowy polityków niemieckich, jak i rozmowy w berlińskim parku czy włoskim sklepiku. Ogląda z każdej strony język, jakim pisano na Zachodzie o dyktaturze, jakim mówiono o wojnie w Jugosławii i myśli nad tym, co zdradzają jego metafory i przemilczenia. Śledzi, dokąd prowadzi, co odsłania i co ukrywa język rumuńskiej ulicy za życia i po śmierci Ceauşescu. Teraźniejszość przeszłości widoczna jest w jej komentarzach na temat dyskusji o biedzie w Europie, o prawie do azylu, o rozliczaniu przeszłości, o pogromach Cyganów w Rumunii, podpalaniu domów azylantów w Niemczech. Fragment książki:
Rozwiń >>
Tasak połyskiwał. Sprzedawca rąbał czerwono niebieski zamarznięty kamień. Przed wagą stała kolejka. Ludzie o tępych spojrzeniach. Mówili mało, jakby od uderzeń tasaka języki zrobiły im się ciężkie. Ostrze tasaka odrąbywało za każdym razem grudkę z brzegu kamienia. Czasem mniejszą, czasem większą. Na twarzach ludzi, którzy posunęli się w kolejce, malowała się ciekawość. I pytanie: na ile jeszcze wystarczy kamienia? Nie dla wszystkich. Dla tych, którzy stali na ulicy, o trzy domy dalej, na pewno nie. Kamień składał się z kurzych szyjek, skrzydeł, nóg, głów. Zostały włożone do wody i zamrożone. Pierwsi zwycięzcy z niebiesko czerwonymi grudkami przechodzili w drodze do domu obok czekających. Tego dnia udało im się kupić mięso, mówili. Promienie słońca padały na popękany asfalt. Na wpół suche drzewa rzucały cienie składające się tylko z gałęzi. Na chodnikach wyglądały jak koślawe poroże. Obok nich przechodziła kobieta w szpilkach. Przez kilka kroków niosła koślawe poroże gałęzi. Swoją grudkę mięsa trzymała tuż przy bladoczerwonej jedwabnej sukience. Kurza głowa, widziałam ją wyraźnie obok kciuka kobiety, spoglądała na jej buty. Czerwono niebieski lód zaczął w słońcu kapać. Kobieta zostawiała kroplisty ślad. Pomyślałam: głód i jedwab. A w głowie miałam wściekłość i bezradność. I już szli następni w nędznych ubraniach ze swoimi grudkami obok kroplistego śladu. Podwajali go, potrajali. Cały chodnik zapełnił się kroplistymi śladami. Schły tak szybko, jakby gorący asfalt chciał przemilczeć, co się tutaj działo. Bo jak wyglądałaby ulica: czerwono‑niebieskie krople jak deszcz. Również dzieci przechodziły obok. Niosły grudki w obu rękach. Krople wsiąkały im w ubrania. Bieda czasem jawiła się tylko jako bieda. Zamykała jedynie twarze, zamykała spojrzenie w oczach jako nieobecność. Oczy jak puste korytarze, wybiegające poza twarz. To jeszcze potrafiłam wytrzymać, ponieważ z moich oczu wyzierały i biegły w dal te same puste korytarze. Ta bieda to nie był tylko głód w żołądku. To był również głód jako dyspozycja. Głód zdań i gestów. Głód głośnego mówienia. Głód śmiechu. Głód hałasu, jaki robi życie. Dla oczu i głowy bieda była nie do zniesienia tam, gdzie tworzyła obrazy takie jak ten z zamarzniętym kamieniem z mięsa. W tych obrazach powstawała szczelina, przez którą naraz, w jednej chwili rozbłyskiwała w całej pełni bieda tych, którzy żyli w tym kraju, brak godności wszystkich lat, wszystkich życiorysów. Albo w wielu takich samych chwilach. Tam, gdzie spotykały się głód i jedwab, potęgowała się wymowa obrazu. Był czymś więcej niż tym, co było widać: głód wskazywał w głodzie na siebie. Człowiek tracił nad sobą kontrolę. Ten brak umiaru był zbyt wielki. Nie można było na to patrzeć. Nie można było podejść do tego miejsca. Również przejść obok nie było już można. Wyminąć też nie. Dwadzieścia metrów asfaltu zamykało całe miasto. Cały kraj. Tylko we własnej głowie człowiek mógł się schować przed samym sobą, aż przestał siebie postrzegać, aż nie wiedział, kim i gdzie jest. Trzeba było zamieniać się w martwe rzeczy, żeby nie wpaść w obłęd, nie śmiać się szaleńczo, szaleńczo nie krzyczeć. Żeby nie zwymiotować. Trudno było nie spostrzec, że wszyscy, którzy zostawiali kroplisty ślad, nie liczyli się. Podobnie jak pozostali. I ja sama. Trudno było nie spostrzec, że tylko dyktator się liczył, „najukochańszy syn narodu”, i jego najbliżsi. Trudno było nie spostrzec, że ta garstka rządzących przy każdym ruchu robiła coś, co nie mieściło się w głowie. Mieściło się jedynie w tych obrazach z głodu i jedwabiu. Głód i jedwab to był nagi obraz głodu. W nim zostało w człowieku obrócone wniwecz również to, czego w danej chwili nie było widać. Co było widać: reżim nie daje ludziom żyć. Reżim utrzymuje ludzi na tyle przy życiu, na ile to konieczne, żeby nie opłacać pogrzebów. Do codzienności należał inny, podobnie pozbawiony umiaru obraz: trumny przywiązane do dachów samochodów osobowych. Jechały po ulicach miasta. Dużymi literami wymalowane były na nich imiona i wiek zmarłych. Jechały do szpitala. Albo wracały ze szpitala. Kiedy widziało się te trumny, wiadomo było, że leżą tam zmarli. Albo że wkrótce będą leżeli. Transport zmarłych pozostawiano rodzinie. Państwo nie troszczyło się o to. Starszych ludzi szpitale w ogóle nie przyjmowały. Pierwsze pytanie lekarza, kiedy wzywało się karetkę, brzmiało: „Ile lat ma pacjent?”. Jeśli chory miał więcej niż sześćdziesiąt pięć lat, lekarz nie przyjeżdżał. Nierzadko widać było z okien pociągu samochody z trumnami na wiejskich drogach. Wczesnym rankiem albo w gorące południe szyby połyskiwały między zielonym listowiem a kwitnącymi trawami i bezkresnymi polami kukurydzy lub słoneczników. Słoneczniki odwracały głowy. Wypatrywały trumny lub spoglądały za nią. A zimą błoto na nagich polach przepowiadało mokry grób trumnie na samochodzie. O czym powinno było się myśleć, kiedy zaczynały się trząść ręce? Własne i cudze. Również ten obraz tak bardzo nie znał umiaru, że nie wiadomo było, jak się zachować: nie patrzeć, nie odwracać wzroku. W głowie kołatała się jedna, jedyna myśl: śmierć, ta dotyczyła wszystkich. Również „ukochanego syna narodu”. I pytanie: jak długo pożyje Ceauşescu? Jak długo będzie igrał ze śmiercią innych, zanim śmierć dopadnie jego samego? W takich chwilach trudno było nie spostrzec, że śmierć starych ludzi była dla państwa sposobem oszczędzania. Śmierć pozwalała państwu zaoszczędzić na mrożonych grudkach mięsa i emeryturach. W szpitalach roiło się od karaluchów. Biegały po schodach, wdrapywały się po nogach łóżek. Te same rudawe, płaskie owady, które widać w witrynach sklepów spożywczych. Które setkami wypełzały otumanione gorącem z kuchenki w moim mieszkaniu, kiedy włączałam piekarnik. We wszystkich blokach roiło się od karaluchów. Ludzie nazywali je, nie wiem dlaczego, „ruskie”. Często znajdowałam martwe, zasuszone karaluchy, ściśnięte między kartkami, kiedy brałam książkę z regału. „Karaluchy przeżyją ten naród – mawiał mój przyjaciel – karaluchy, wrony i szczury”. Przed blokami pęczniały śmietniki. Latem śmierdziały rozkładem. Wokół nich biegały szczury. Głodne, wychudzone koty wyciągały z kontenerów jedzenie. Parzyły się przy śmietniku w środku dnia, między jednym a drugim głodem. Boleśnie wrzeszczały. Czasem zbierały się przy nich dzieci i patrzyły. Śmiały się. Przechodzący obok dorośli próbowali rozganiać koty kamieniami i kijami. Roje karaluchów, czarne grudki wron nadlatujące nad miasto z pól, wszędobylskie szczury, kościste koty – również te obrazy były przez swój brak umiaru silniejsze niż rozum. Jednocześnie rozwierały szeroko i zaciskały powieki. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w tym kraju wszystko, co się ruszało, co żyło, miało do czynienia z głodem. Wszystko, co żyło, musiało osiągnąć ostateczne granice, w ostatecznym zniekształceniu wypaść z siebie, aby móc żyć. Jakby głód zawsze poszukiwał swojego najjaskrawszego wizerunku. Niedorzeczności głodu i jedwabiu. Wąski margines rzeczy, które objawiały się nieoczekiwanie i które można było określić jako „piękne”, zawsze tak ściśle przylegał do nędzy i nieszczęścia, że stracił siłę oddziaływania. Albo działał jako przeciwieństwo, jednak tak małe przeciwieństwo, że nędza i wszechobecna brzydota były jeszcze silniejsze. Kiedy stare chłopki stały z wiklinowymi koszami na rogach ulic i sprzedawały małe, chudziutkie bukiety z przebiśniegów, konwalii, z jaskrawych kwiatów lata, jesiennych zimowitów, kwiaty raniły przechodzące obok twarze. Ponieważ były tak piękne, ponieważ nie straciły blasku krajobrazu, lasów i błoni, i łąk, napawały jedynie smutkiem. Należały do kraju, a kraj był zawsze przeciwieństwem państwa. Kwitły rok w rok, nie potrzebowały niczego, aby rosnąć. Ten upór piękna tuż obok biedy jawił mi się czasami jako obojętność, ignorowanie ludzi. Jeśli w państwie przeżycie stało się sensem istnienia, piękno kraju jest bólem. W ten sposób często tłumaczyłam sobie powód, dla którego kwiaty spowite blaskiem krajobrazu nie nadawały się na państwowe święta. Podczas oficjalnych wydarzeń częścią ceremonii były najmniej wyraziste kwiaty: czerwone goździki. Czerwone goździki, sztywne i bez zapachu, towarzyszyły pieśniom pochwalnym na cześć dyktatorskiej pary, świętom szkolnym i zakładowym, przyozdabiały sale posiedzeń, sceny koncertowe, trumny zmarłych funkcjonariuszy, wiezionych przez miasto na powoli jadących, otwartych ciężarówkach omiędzy czerwonym płótnem sztandarów i medalami. Czerwony goździk od dawna był kwiatem, który opuścił kraj i wkroczył do państwa. Był kwiatem władzy, kwiatem państwowym: pozbawionym wyrazu i trwałym. Posiadał upór i bezwzględność potężnych. Nadawał się do celebrowania władzy. Podobał się panującym, ponieważ nie roztaczał blasku krajobrazu, nie groziło mu szybkie więdnięcie, ponieważ szeleścił, zamiast pachnieć. Również tuje, również jodły, zawsze takie same, wysokie drzewa otaczające wille nomenklatury, strzegące cienistej tajemnicy za nigdy nieopadającymi igłami, należały do roślin władzy. Rosły przed wszystkimi instytucjami. Można było na nich polegać, nigdy nie żółkły i nie były nagie. Nie kwitły. Nie zbijały dostojników z tropu. Jedynie gdy przechodzili obok nich nędznie ubrani ludzie, powstawał kontrast. Wtedy wyglądały jak nadzorcy, nadsłuchiwały i patrzyły. Rosły na zlecenie władzy. Kiedy przechodziłam obok nich, rosły przeciwko mnie i przeciwko wszystkim, którzy kiedykolwiek szli w tym kraju po ulicach z zamrożoną grudką mięsa. Ci u władzy mieli wyczucie do roślin i przedmiotów bez wyrazu. Ponieważ były bez wyrazu, same narzucały się jako właściwe do zdobienia władzy. Nadawały się do tego. Można je było zobaczyć awsze w miejscach, w których pozbawiano ludzi godności. Ta powtarzalność, konsekwencja, z jaką towarzyszyły władzy i wszystkiemu, co miało z nią coś wspólnego, sprawiały, że czerwone goździki, tuje i jodły były odrażające. Powtórzenie było zarówno w obszarze władzy, jak i w obszarze głodu najbardziej niezawodną metodą reżimu. Panującym dawało zawsze taką samą pewność, bezsilnym – zawsze tę samą niepewność. Im bardziej pogarszała się sytuacja w kraju, tym większa stawała się powtarzalność coraz mniej licznych przedmiotów. Sklepy, wielkie supersamy, zapełnione były w całym kraju nielicznymi, takimi samymi produktami. Na regałach w sklepach spożywczych stały dwa rodzaje konserw i dwa rodzaje przetworów. Były to rybne konserwy i słoiki z dżemem. Zarówno ryby, jak i dżemy były niejadalne. Dlatego należały do wyposażenia sklepu. Od lat stały w tym samym miejscu, pokryły się brudem. Etykietki pożółkły i napęczniały. Czy było się na północy, południu, wschodzie czy zachodzie kraju, obojętnie czy latem, czy zimą, zawsze we wszystkich sklepach spożywczych stały te same konserwy. Nie inaczej było w sklepach z konfekcją. Wszędzie zalegały ubrania z takiego samego materiału, w takich samych kolorach, szyte według takich samych wykrojów. W całym kraju. We wszystkich sklepach unosił się również taki sam ciężki, duszący zapach środków impregnujących. W sklepach panował półmrok, nawet kiedy słońce oślepiało, ponieważ kolory ubrań były tak ciemne. To nie była szarość, lecz zakurzona szarość. Nie brąz, lecz zakurzony brąz. Od wieszaka do wieszaka, przez wiele metrów kwadratowych, szło się przez to zakurzone powtórzenie. Czasem, kiedy mijałam sklep z konfekcją, przychodziło mi do głowy zdanie wypowiadane przez księdza na pogrzebach: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Wydawało mi się, że sprzedawcy mają je wypisane na twarzach. Ubrania wcale nie ubierały ludzi. Zakrywały ich. Zostały uszyte, aby wszyscy, którzy je noszą, utonęli w szarości. W sklepie wyglądały jak kolumny, jak równy krok w milczeniu. Ich kolory, nieforemność, ciężki, duszący zapach impregnatów przypominały mundury. Miały sprawić, że ludzie znikną między innymi ludźmi. Panujący nie nosili takich ubrań. Nosili ubrania z Zachodu albo garnitury szyte na miarę. Ubrania, które w sklepach wyglądały jak kolumny mundurów, nosili tylko ci, którzy stali w kolejce po zamrożone grudki mięsa. Kiedy szłam przez sklepy z konfekcją, widziałam za każdym razem w półmroku i zaduchu, jak mało w tym kraju znaczyła jednostka. Zawsze, gdy byłam w sklepie, myślałam: jeśli powiedziano by mi teraz: „Weź sobie coś, co ci się podoba, weź wszystko, co ci się podoba, dostajesz to w prezencie”, opuściłabym sklep z pustymi rękoma. Często ogarniał mnie w sklepach strach przed taką ofertą. Czułam wewnętrzny przymus, żeby zdecydować się na coś, żeby opowiedzieć się za jakimś ubraniem. Żeby wyobrazić sobie, jak bym w nim wyglądała. Cały sklep zaczynał mnie wtedy prześladować. Opuszczałam go szybko, uciekając przed brzydotą. Również to, że ludzie skazani byli na te ubrania, pomniejszało ich i ubezwłasnowolniało. To, że wydawali na nie pieniądze, dużo pieniędzy, na które długo pracowali. Kupując te ubrania, sami przyczyniali się do zamknięcia kręgu: gdy szli w nich po ulicy, widać było, że muszą stać w kolejce po zamrożoną grudkę mięsa. Że należą do tych, którzy się w tym kraju nie liczą. Tęsknie odwracali wzrok za tymi, którzy przechodzili obok nich w zachodnich ubraniach. W ich oczach lśniły marzenia, ześlizgiwały się przez puste korytarze wiszące w spojrzeniach, po ich szarych, biednych ubraniach. Tęsknota sprawiała, że ludzie w mundurkach kupowali za wielkie pieniądze, jako szczególną, rzadką okazję, błahe drobiazgi, oczywiste dla panujących. W ten sposób z kieszeni mundurowych ubrań wyglądała czasami, rozmyślnie wystawiona na pokaz, paczka zagranicznych papierosów, zagraniczna zapalniczka, błyszczący długopis. Z tęsknoty ludzie w mundurkach wkładali rumuńskie papierosy w zachodnie opakowania, żeby sprawiać wrażenie, że rzeczy oczywiste dla panujących są przeznaczone również dla ich rąk.
Opinie klientów
Dodaj własną opinię
Polecamy następujące książki:
|
|
|
|
| | Trans - Manuela Gretkowska | Miłość po polsku - Manuela Gretkowska | Byczki w pomidorach - Joanna Chmielewska | Ku słońcu - Inga Iwasiów | | Współczesna powieść obyczajowa. Małżeństwo młodej emigrantki w Paryżu okazuje się dramatyczną porażką. Po rozstaniu z mężem poznaje słynnego reżysera Laskiego, od lat mieszkającego i tworzącego we Fra.. | Intensywna, wciągająca powieść psychologiczno-obyczajowa. Tarapaty miłosne to specjalność czterdziestoparoletniego Miłosza Kenckiego, polskiego emigranta w Szwecji. Po dramatycznym rozwodzie spotyka j.. | Powraca świat Alicji. Znów stado zaprzyjaźnionych osób pęta się po cudownym ogródku i kulinarnie szaleje w kuchni.
A gospodyni jak zwykle otwiera drzwi przed każdym, częstuje jajkiem na śniadanie, wy.. | Refleksyjna powieść obyczajowa, umiejscowiona we współczesnym Szczecinie. Magda, córka Jana i Marysi (znanych z powieści ?Bambino? nominowanej do wielu nagród w 2009 roku), powraca po latach z zagrani.. | | 29,80 zł | 31,30 zł | 33,30 zł | 28,10 zł |
Nowości w księgarni:
|
|
|
|
| | Wystarczy - Wisława Szymborska | Koniec PIS-u - Andrzej Morozowski, Michał Kamiński | Rzeki Hadesu - Marek Krajewski | Fabrykantka aniołków - Camilla Läckberg | | "Wystarczy" zawiera 13 ukończonych przez Wisławę Szymborską wierszy, ułożonych zgodnie z chronologią powstawania. Niektóre z nich były publikowane w prasie codziennej i tygodnikach. Tomik zostan.. | Po bestsellerowych "Kulisach Platformy" Janusza Palikota, teraz kulisy Pis-u. Jaki naprawdę jest Jarosław Kaczyński? Czy jeszcze może wrócić do władzy? Dlaczego PiS jest partią bez przyszłości? Andrze.. | Starcie z przeciwnikiem godnym Popielskiego.
Wrocław, 1946 rok. Po latach wojennej zawieruchy Edward Popielski ukrywa się przed Urzędem Bezpieczeństwa. Wydać go może tylko torturowana w więzie.. | Wielkanoc 1974. Z Valö, małej wyspy w pobliżu Fjällbacki, znika bez śladu rodzina. Na pięknie nakrytym świątecznym stole zostaje obiad wielkanocny, ale w domu nie ma nikogo, znikają wszyscy z wyjątkie.. | | 24,80 zł | 34,10 zł | 28,10 zł | 34,10 zł |
Bestsellery:
|
|
|
|
| | Przebudzenia - Oliver Sacks | Wywiad z historią - Oriana Fallaci | Pieśń Lodu i Ognia Tom 5 Taniec ze smokami Część 2 - George R.R. Martin | Tajny dziennik - Miron Białoszewski | | Nowe wydanie książki wybitnego angielskiego neurologa i psychiatry, który w swoich badaniach zajmuje się chorobami psychicznymi czy rekonwalescencją chorych po śpiączkowym zapaleniu mózgu, która jest.. | Po raz pierwszy w Polsce ukazuje się Wywiad z historią opublikowany we Włoszech w 1974 roku. To zbiór wywiadów, które Fallaci przeprowadziła z ważnymi osobistościami w latach siedemdziesiątych XX wiek.. | Tyrion Lannister, uciekłszy z Westeros, gdy wyznaczono nagrodę za jego głowę, również zmierza do Daenerys. Jego nowi towarzysze podróży nie są jednak obdartą bandą wyrzutków, jaką mogliby się wydawać,.. | Najważniejsze wydarzenie literackie 2012 roku! Nikt nie mógł przeczytać Tajnego dziennika wcześniej. Cała twórczość Białoszewskiego to osobliwy pamiętnik. To dzieło - ze względu na stopień szczerości.. | | 34,10 zł | 51,20 zł | 38,40 zł | 59,70 zł |
Zapowiedzi:
|
|
|
|
| | Miasto Ł - Piątek Tomasz | Lilka - Małgorzata Kalicińska | Fabrykantka aniołków - Camilla Läckberg | Agent - Manuela Gretkowska | | Na każde niedzielne nabożeństwo T. zabiera ze sobą? gumowego prosiaczka. Przed laty ukradł go koleżance z pracy. Kobieta wkrótce zniknęła z jego życia, ale on zrozumiał, że okradł samego Boga. Teraz m.. | „Lilka to opowieść o tym, jak nam w życiu pustoszeje przestrzeń dookoła nas i o tym, że jest to
bardzo naturalna kolej rzeczy.”
Małgorzata Kalicińska
Bohaterką jest Marianna Roszkowsk.. | Wielkanoc 1974. Z Valö, małej wyspy w pobliżu Fjällbacki, znika bez śladu rodzina. Na pięknie nakrytym świątecznym stole zostaje obiad wielkanocny, ale w domu nie ma nikogo, znikają wszyscy z wyjątkie.. | Manuela Gretkowska w przebojowej formie! Od trzech lat, co roku wydaje znakomitą powieść. Do wnikliwej polsko-szwedzkiej ?Miłości po polsku? (2010) i polsko francuskim, obrazoburczym ?Transie (2011) d.. | | 25,60 zł | 29,80 zł | 34,10 zł | 29,80 zł |
|
Produktów w koszyku: 1 szt.
Wartość produktów: 32.40zł
Zamów jeszcze za 142.60 złotych,
by otrzymać darmową wysyłkę
Bestsellery
Leksykon VAT 2012 Janusz Zubrzycki
Cena: 287,90 zł

Komentarz do planu kont dla jednostek budżetowych i samorządowych zakładów budżetowych Z płytą CD Maria Augustowska
Cena: 250,00 zł

Plan kont z komentarzem 2012. Handel Produkcja Usługi Jerzy Gierusz
Cena: 239,90 zł

Kodeks pracy 2011. Komentarz Barbara Wagner
Cena: 231,00 zł

Kodeks pracy 2011 Tadeusz Fijałkowski
Cena: 83,80 zł

Mikroekonomia Marek Rekowski
Cena: 41,50 zł

Kodeks Drogowy Komentarz z orzecznictwem NSA, SN i TK (część 1 i 2) Stanisław Soboń
Cena: 92,70 zł

Słownik języka prawniczego i ekonomicznego. Tom I. Niemiecko-polski Alina Kilian, Agnieszka Kilian
Cena: 144,50 zł

Zakładowy plan kont Marian Pałka
Cena: 152,70 zł

Elementy prawa dla ekonomistów Wojciech Siuda
Cena: 35,50 zł

Paczkomaty
|